W Hajfie

Piątek, weekend. Po wielu rozmowach telefonicznych, licznych ustaleniach i niezliczonych zmianach terminu – udało się! Jedziemy do Hajfy. Szybkie pakowanie rano. Nawet bardzo szybkie. Nienawidzę tego! Człowiek jedzie na 2-3 dni, a pakuje się tak samo jak na tydzień. Kiedy już upchnęłyśmy wszystko w  płócienne worki oraz plecaki i wyglądałyśmy jak dwa wielbłądy, można było ruszać. Nie wiem jak dotarłyśmy z taką ilością rzeczy na dworzec autobusowy, ale jakimś cudem się udało. I tu pada pytanie: „Lidia, sprawdziłaś autobusy, tak?” Eeeee…lekka konsternacja…”taak” odpowiadam z miną pokerzysty. „No i?”, Monika drąży dalej temat…”no sprawdzałam…jakieś dwa tygodnie temu…”.

Zaczęło się błądzenie i poszukiwania autobusu. Udało się, jak zwykle. Wczesnym popołudniem elegancko podjechałyśmy na dworzec w Hajfie…a tam morze! Droga wzdłuż morza, morze przy dworcu, morze na wyciągnięcie ręki! Więc zaraz człap, człap z bambetlami na plażę. Piaszczysta plaża, lazurowa, ciepła woda, tylko słońca brak. Nasze fatum. W tym kraju jest zawsze latem świeci słońce, zawsze! A kiedy Monika i Lidia zajadą nad morze, rozsiądą na piasku, nasmarują kremikami z filtrem – chmurzyska! Ale to nie był główny punkt wyjazdu.

 

IMG_20140815_175220

 

20140815_160228

 

Kolejnym etapem było dotarcie do wspólnoty, poznanie polskiego księdza przebywającego na stałe w Hajfie (który pomagał nam w organizacji owej weekendowej wyprawy) oraz poznanie Stelli… dotarcie miejskim autobusem – wyzwanie. Na przystanku stoi automat z biletami. Zerkamy – wszystko po hebrajsku. Podjechał autobus, no to wsiadamy oczywiście! Monika podchodzi do kierowcy ze szczerą chęcią zakupu biletów. On jej na to, że nie ma i pokazuje na automat na zewnątrz. Ona na to: „ależ wiem, wiem, tylko nie wiemy jak to działa!” I pojechałyśmy. Zdążyłyśmy na spotkanie ze wspólnotą, skąd ksiądz zawiózł nas do Stelli. Miałyśmy zaszczyt poznać niezwykłą osobę – panią Stellę Zylberstein. Żydówkę polskiego pochodzenia. Osobę naprawdę niezwykłą. Ocalałą z masowej zagłady podczas II wojny światowej. Pełną werwy, zapału i poczucia humoru…

Nocowałyśmy w jej domu. Ciągle przyjmuje gości. Przez jej dom przechodzą chyba setki gości. Jedni wyjeżdżają, inni zaraz przyjeżdżają. Pani jest niezwykle pełna energii, codziennie jeździ sama na mszę (przyjęła katolicyzm) na drugi koniec miasta, uczy się posługiwać komputerem, a w przyszłym tygodniu leci do Berlina na zjazd ocalałych z Holocaustu…a muszę dodać, że w przyszłym roku kończy 90 lat!

20140816_171747

 

U Stelli (wszyscy mówią jej po imieniu) była uroczysta kolacja. Dla nas coś nowego. Był to piątek wieczór, więc miałyśmy okazję uczestniczyć w kolacji szabatowej! Mimo, że sama Stella, jak i jej goście, wyznaniowo są katolikami, to są również Żydami i zachowują tradycję. Choć ksiądz stwierdził, ze nie wszystkie dania są szabatowe – np. zimne nóżki, które zrobiła lokatorka Rosjanka mieszkająca piętro niżej („Stella, ale ty tego chyba nie podgrzewałaś??”), to inne jak najbardziej. Podano wino w zabytkowym kielichu, nad którym modlitwę odmówił chrześniak Stelli. Następnie wszyscy zasiadający przy stole pili łyk i przekazywali kolejnej osobie. Zaraz potem pobłogosławione zostały dwie chałki, posypane solą i podobnie jak wino przekazywane po kawałku każdemu siedzącemu. Stella wyjaśniła, że chałki są dwie, gdyż mają symbolizować podwójną porcję manny, jaką Bóg zesłał Żydom podczas wędrówki przez pustynię. Potem już była kolacja. Kiedy wszyscy goście (chrześniacy Stelli, ksiądz i dwie wolontariuszki) się rozeszli, zostałyśmy tylko my. Siedziałyśmy na balkonie i rozmawiałyśmy ze Stellą o przeszłości, podziwiając przy okazji panoramę Hajfy nocą. Okazało się, że pochodzi z Podlasia (jak Monika), a przez długi czas (do wybuchu wojny) mieszkała w Łodzi (jak ja)! Niezwykły wieczór. Z balkonu rozpościerał się widok na Hajfę, morze…coś pięknego.

 

IMG_20140815_195030 IMG_20140816_095243

 

Kolejny dzień, to wspólne śniadanie, kolejne rozmowy na balkonie. O przeżyciach z czasów wojny Stella wspominała krótko i mimochodem, dodając: „wszystko opisałam w książce, przeczytacie sobie, szkoda na to teraz czasu”. Musimy nabyć jej książkę jak tylko wrócimy do Polski.

W południe wyruszyłyśmy na zwiedzanie Hajfy. Wcale nie było to tak proste. Ksiądz pokierował nas do konkretnych przystanków, podając nr. autobusów: 136, potem przesiadka na 115…chciałyśmy jechać do Ogrodów Bahaitów. Zasiadłyśmy zatem na ławce przystankowej i czekamy…nie ma, nie ma, ludzi coraz więcej. Przyjechał autobus 25, wszyscy – myk do środka i pojechali. Pusto, wiec siedzimy dalej. Pytamy przechodnia. Nie mówi po angielsku, tylko rosyjski. Autobus nie jedzie. Ludzie znów się gromadzą. Znów pytamy, wszyscy znów gadają tylko po rosyjsku. Przyjechało kolejne 25, wszyscy pojechali, a my dalej twardo siedzimy na ławce. Jak ostatnie…. Wreszcie jakiś pan nas poinformował, że w sobotę (szabat) tylko ten 25 jeździ i nim dojedziemy. Teraz, mądrale, wsiadłyśmy do kolejnego 25 i dojechałyśmy na miejsce. Niestety czasu zostało tak niewiele, że ogrody zwiedziłyśmy bardzo pobieżnie.

 

20140816_140242

 

IMG_20140816_141903

 

Kolejnym miejscem był zabytkowy XVIII wieczny klasztor Stella Maris, mieszczący się na górze Karmel. Stamtąd wywodzi się zakon karmelitów. Kościół przepiękny.

 

20140816_153441

 

20140816_153604

 

20140816_153617

 

Zaraz za nim taras widokowy. Niesamowity widok. Masyw Karmelu dominuje nad miastem, dlatego widok rozciąga się na całą Hajfę i Morze Śródziemne!!!

 

20140816_124217

 

20140816_155118

 

20140816_155630

 

Powrót do wspólnoty, pożegnania oraz wyprawa na dworzec autobusowy. Wróciłyśmy do Jerozolimy stękając: „oj aj dobrze być w domu”…ojć, coś nie tak…opamiętałyśmy się, że przecież dom jest w Polsce…i wtedy uświadomiłyśmy sobie, że niesamowicie zżyłyśmy się z tym miastem, z miejscem gdzie mieszkamy. Będąc tu, „Domem” nazywamy nasz Maison…a naszym miejscem (mimo zamieszek, problemów, strzałów czy wczorajszego alarmu rakietowego) Jerozolimę…