Rozstania i powroty

Kolejne rozstania…nadszedł nasz ostatni dzień. 2 września. Niesamowicie trudny dzień.

Od dwóch dni odwiedzałyśmy znajomych, o dziwo okazało się, że mamy ich bardzo dużo. Z każdym chciałyśmy się pożegnać. Sobota upłynęła wyjazdowo – w Beit Jala, gdzie zaproszone byłyśmy do dziadków naszej koleżanki (państwa, u których nocowałyśmy podczas obozu z Hiszpanami). Pani przygotowała specjalnie dla nas niebotyczną ilość dania z faszerowanych liści winogron…jednago z naszych ulubionych w kuchni arabskiej. A my…cóż…wszcześniej byłyśmy w odwiedzinach u Mervat, naszej wspaniałej, najcudowniejszej koordynatorki i najgościnniejszej osoby na świecie, która uraczyła nas…obiadem oczywiście! Więc aby nie zrobić przykrości starszej pani…pochłonęłyśmy drugi obiad. I jeszcze dostałyśmy całe pudełko dania na drogę (twierdziła, że za mało zjadłyśmy).

Ostatni wieczór również był wyjątkowy…mam możliwość (chociaż i tak część osób nie przeczyta z powodu nieznajomości języka), więc DZIĘKUJĘ tutaj WSZYSTKIM za WSZYSTKO!!! W szczególności… MARTO i RAFALE – DZIĘKUJEMY! Złamanie klucza było absolutnie mistrzowskie!:)

 

Tymczasem zamierzam skupić się na wtorku. Standardowe śniadanie, drażnił nas identyczny zestaw przez 2 miesiące…mortadela, jajo, pomidorki cherry, twarożek kanapkowy, dżem i pita lub bułka… teraz za tym również tęsknię. Taka życiowa przewidywalność, codzinnie to samo…choć nie! Raz zmienili dżem z truskawkowego na brzoskwiniowy! Przy śniadaniu dopadła mnie niezwykle gadatliwa pani Amerykanka (nie było innego wolnego miejsca), więc zostałam brutalnie zmuszona, aby się obudzić, oprzytomnieć i uczestniczyć w konwersacji. Wyszło o tyle dobrze, ze powróciwszy do pokoju zabrałam się za pakowanie, zamiast jak zwykle za 10 minutową drzemkę pośniadaniową. I wyszło szydło z worka, ileż to rzeczy człowiek jest w stanie zgromadzić przez głupie 2 miesiące! Nie wiedziałam od czego zacząć! Sortowałam wszystko, Monia upychała do swojej walizki, powtarzając jak mantrę: „zamknie się, czy nie zamknie?” O dziwo – zamknęła bez problemu. Po względnym ogarnięciu ogromnej ilości rzeczy, wyruszyłyśmy w ostatnią podróż do miasta. Ostatnia kawa w 5…

 

20140804_115800

Kolejno, wyprawa do biura Caritas Jerusalem, oddanie służbowego telefonu (również z bólem serca) i pożegnanie z Księdzem Dyrektorem. Otrzymałyśmy piękne podarunki – Gołąbki Pokoju. Lampki oliwne w formie białego gołębia, produkowane przez Palestyńczyków w Taybeh. Hasłem przewodnim jest: Pray for the peace in the Holy Land (Módl się o pokój w Ziemi Świętej). Dystrybucja i sprzedaż lampek jest jednym z rodzajów działalności tamtejszej Caritas.

 

20140711_144714

 

20140902_131233

 

Co potem? Ostatni już element tego dnia…pożegnanie Starego Miasta! Ostatnia wspólna shoarma, w miejscu gdzie jadłyśmy ją po raz pierwszy. Przejście przez bazar…powiedzenie „goodbye” wszystkim sprzedawcom…oni na to: „Bye, see you tomorrow” (do zobczenia jutro); niestety, musiałyśmy wyprowadzać z błędu: „Not tomorrow, we’re leaving…going back to Poland!”. Na co padały liczne: oooooo! We’ll be miss you…Będą tęsknić…? Z nimi nigdy nie wiadomo :p niektórzy na pewno… Pan Skórka, to miał już regularną depresję!

Powrót do Maison, ostatnie podejście pod wstrętną górę w  pełnym słońcu, ostatnie zakupy u dziadka (też się zmartwił, biedaczek). Pełne pakowanie i jako to zawsze bywa – latanie i panika. Przed 17 byłyśmy już gotowe, walizy o dziwo się domknęły. Zostały zwiezione na parter super windą i to osobiście przez Francois – dyrektora Maison! Nadeszły pożegnania…to było straszne…siostra w ryk! Francois był bardzo „francuski”, ale też jakoś zmarkotniał. My trzymałyśmy się dzielnie. Ksiądz Jean odwoził nas na lotnisko, więc z nim miałyśmy się dopiero pożegnać…Ostatnie spojrzenie z Góry Oliwnej na panoramę Starego Miasta…Dormition Abbey, Al-Aksa, Dome of Rock, Western Wall…

IMG_20140630_195353

 

Zapakowałyśmy się do samochodu…przejazd wzdłuż Bazyliki Narodów, ostatni rzut okiem na Getsemani i opuszczamy Jerozolimę…


20140704_124052

20140704_123520

Nie tak szybko jak myślałyśmy – straszne korki, ale w końcu tak. Autostrada, Tel Awiw, International Ben Gurion Airport…

Lotnisko Ben Guriona – temat rzeka! Zajechaliśmy 3 godziny przed odlotem…na terminal 3, skąd głównie latają samoloty. Zaparkowaliśmy w super miejscu, na parkingu dla vip-ów (Fr. jeździ samochodem z dyplomatycznymi tablicami rejestracyjnymi – białymi – więc mogliśmy szaleć). Wyładowaliśmy walizy. Wręczyłyśmy księdzu pożegnalny gift, koszulkę, w którą od razu się przebrał. Myślałam, że nas odwiózł i cześć, ale gdzie tam! On ruszył z nami! Przychodzimy i dowiadujemy się, że samolot owszem, odlatuje z terminalu 3, ale odprawa jest w terminalu 1! Zapanowała groza, czas się kurczy, a my nie tam gdzie trzeba. Pędem do auta (myślałam, że mi ręka odpadnie od tej walizy!). Ksiądz jechał jak szalony, znaleźliśmy terminal 1…no i się zaczęło! Pierwszy etap – wstępna selekcja pasażerów – wywiad. Stanęłyśmy w kolejce. Wszystko obtaśmowane, więc Fr. Nie mógł z nami wejść, ale mógł wszystko widzieć. Usiadł na ławeczce…nagle się poderwał i wyszedł. Monia: „gdzie on poszedł tak bez pożegnania?” i poleciała za nim. Zaraz wraca: „ale wstyd…do toalety poszedł, zaraz wróci…”. Stoimy w kolejce, stres jest…słyszałyśmy już mityczne historie o przepytywaniu. Układamy w głowie odpowiedzi na zapas. Do chłopaka przed nami wzywają supervisora. Konsternacja. Nasza kolejka, a pani pyta: „dokąd jedziemy? Co robiłyśmy? Czy jesteśmy siostrami czy koleżankami? Jak długo byłyśmy w Izraelu? Czy ktoś nam coś dał? Czy same pakowałyśmy bagaż? Czy mamy ze sobą jakieś niebezpieczne przedmioty?”, po czym przegląda paszporty, nakleja nalepkę, oddaje je z uśmiechem i życzy miłego lotu…my wytrzeszczyłyśmy oczy! To gdzie te straszne pytania? Gdzie problemy z wyjazdem? Phi. Pikuś. Widać wizualnie marny z nas materiał na terrorystki. Zadowolone zmierzamy do prześwietlania bagażu. Monia miała problem – zapakowała laptop do bagażu lukowego…musiała go wygrzebać. Trochę to trwało, ale się udało. Skierowano nas do przeszukiwania bagażu, my ok ok…no i się zaczęło! Jednak wzięli nas za terrorystki! A ta uprzejmość z pytaniami musiała być tylko chytrą zmyłką! Co to się nie działo! Przekopali cały bagaż! Pan z komputerem sprawdzał coś w środku i wyciągał różne przedmioty. Zaczął otwierać souveniry, wszystko szorował białą szczotką i coś sprawdzał (jakieś testy chemiczne – narkotyki? Broń biologiczna? :D). Specjanie by nam to nie przeszkadzało (jedynie dyskomfort związany z upublicznianiem naszych intymnych części garderoby), gdyby nie fakt, że pozostało bardzo mało czasu do zamknięcia bramki, a panowie – security jakoś nie zbliżali się do końca poszukiwań oznak naszej przestępczo-szpiegowskiej działalności. W miarę upływu czasu, wśród nich atmosfera zaczęła się rozluźniać, my z Moniką wręcz przeciwnie, byłyśmy coraz bardziej stressed. Ze mną poszło szybciej, pozwolili spakować rzeczy, zamknąć bagaż i już. Zatem zostałam tylko drugą terrorystką Izraela. Palma pierwszeństwa przyznana została Monice, której bagaż wciąż sprawdzali! Furorę zrobił,wspomniany już wcześniej, Gołąbek Pokoju. Zaczęli go otwierać, sprawdzać oliwę i knoty… Istny cyrk! Na dodatek przynieśli jej komputer i kazali włączyć i pokazać 2-3 zdjęcia. Monia zaprezentowała foty, pan stwierdził, że piękne i po wszystkim. Ale dalej jej nie wypuszczali z macek. Zaczął się najlepszy cyrk! Zaczęli przekładać jej rzeczy do mojego bagażu i moje (wcześniej, podczas kontroli komputerowej, odłożone do plastikowego pudełka) do jej. Tym sposobem musiałam upchnąć do zdezelowanego już bagażu dodatkowe słodycze i kosmetyki. Powiedziałyśmy im, że nie zdążymy na samolot. Na co oni, że tak przyspieszyli procedury, że zdążymy. I od razu sprawdzili nam też bagaże podręczne. Zabrali mi gdzieś na chwilę telefon i komputer, po ciuchu obie się zastanawiamy, czy aby nie powgrywali tam jakiegoś przeklętego oprogramowania i czy nie zostałyśmy tajnymi szpiegami Mossadu…może nawet teraz to czytają…haha, to i tak nic nie zrozumieją! Ale porzucając moją manię prześladowczą, wracam do tematu. Przeprowadzili kontrolę osobistą. Nadałam bagaż do luku i byłam gotowa do odprawy paszportowej…patrzę, a Monia wciąż z otwartą walizą! Panika na całego, ja polecę, a ona nie?! Ale pani z obsługi uspokajała mnie, że spokojnie, obie polecimy. Okazało się, że pakują Moniki laptop do specjalnego pudła transportowego. Pani z obsługi lotniska poprowadziła mnie do bramki (ominęłam etapy poszczególnych kontroli, które przeprowadzili nam za jednym zamachem…złe słowo…razem, za jednym razem :)). Tam też powinnam odpowiadać na pytania, ale ten etap też został pominięty. Pani mnie przeprosiła za procedury i życzyła miłego lotu…wrrrr!

Tak wygląda zatem druga terrorystka Izraela:

10671487_848818971796704_110803570681738512_n

 

Do odlotu samolotu pozostała godzina. Czekałam na Monikę, w końcu nadeszła zziajana. Całe oszołomione i zdenerwowane ruszyłyśmy do autobusu, który zawiózł nas na właściwy terminal 3, skąd podreptałyśmy już do samolotu. Jak już wiedziałyśmy, że zdążymy, to napięcie opadło. Ale zapomniałam napisać o bardzo ważnej kwestii…Muszę tutaj wrócić do tematu najfajniejszego, najbardziej zakręconego i wspaniałego księdza na świecie – Fr. Jeana! Czekał z nami cały czas, widziałam, że denerwował się nie mniej niż my. Obserwował naszą kontrolę. Trwało to ponad godzinę! Był tam cały czas. Nie było możliwości, ani czasu normalnie się pożegnać, ale podszedł bardzo blisko bramki, jak znikałam przy kontroli paszportowej, więc zdążyłam mu podziękować. Słabo, ale za wszystko… jak nadałam bagaż lukowy, to z daleka pokazałam mu znak O.K., na co poderwał się z miejsca i też uśmiechnięty pokazał mi O.K.:)

 

20140902_205041

 

20140902_205016

 

 

Wsiadłyśmy do samolotu…ostatni lot WizzAir’a…do domu…do Polski…w tym wypadku był to bardzo ciężki powrót. Zastawiałyśmy za sobą 2 miesiące życia, niezwykłego, momentami trudnego, momentami szalonego. Lecąc (nadal boję się latać! Straszna maszyna!) słuchałyśmy piosenki Coldplay, która często towarzyszyła nam podczas pobytu. I tak o północy czasu polskiego dotarłyśmy do Warszawy. 66 dni poza krajem, w niezwykłym miejscu. Izrael i Palestyna. Miejsca Święte. Wielokulturowość. Wojna. Zamieszki. Arabowie. Żydzi. Ramadan. Praca. Nieziemskie upały. I w tym my dwie. Zżyłyśmy się niesamowicie, zarówno z tamtym światem, jak i sobą nawzajem (24/7 razem!). Tak naprawdę dopiero na lotnisku nastąpiło to najgorsze rozstanie. Z Monią…Pozytywną heroiną naszej wyprawy. Uzupełniałyśmy się nawazajem. Mimo, że mieszkałyśmy w malutkim pokoiku, cały czas i wszędzie bywałyśmy razem, to nie pokłóciłyśmy się ani raz.

 

20140801_101349

 

 

20140831_193545

 

O podziękowaniach, relacjach i podsumowaniu pobytu będzie jeszcze jeden post. Ale tutaj tak krótko dla Moniki: MONIA, DZIĘKI ZA WSZYSTKO!!! To nie są puste słowa, w tym mieści się naprawdę wszystko: i łażenie pod górę codziennie rano, i przekrzykiwanie dzieci, wyczekiwanie na dzwonek kolacji, wspólne radości i boleści (zdrowotne również!), nasze wyprawy, Twoje rozmowy z ludźmi, z których wynikło tyle dobrych rzeczy, wspólne oglądanie zestrzelonych rakiet na niebie, wyszukiwanie sobie chłopaków ;). Bez Ciebie nie dałabym rady. Mam trudną naturę i wiem, nie zaprzyjaźniam się szybko, czasem warczę. Dlatego dzięki za cierpliwość (w różnych kwestiach, również szpiegowsko – wywiadowczych). Wyjeżdżając nie myślałam, że tak się zaprzyjaźnimy. A jednak! Dlatego to rozstanie na lotnisku było tak trudne…kto mi teraz powie: „Lidia, myłaś już zęby?” albo krzyknie: „Ty wstręciuchu! Wstrętny! Nie wolno sikać na mur! Wstyd! Wstręciuch!!!” do pijanego typa, załatwiającego swoje potrzeby fizjologiczne w środku dnia, w miejscu publicznym… wiem, że to wszystko nie zniknie. Czy utrzymamy ze sobą kontakt? Odpowiedź jest taka, jak to, że zamawiamy dwie latte: FOR SURE!

20140803_211833

 

A czy wrócimy jeszcze do Izraela…? Sami zgadnijcie! 😉

do napisania wkrótce!

To jeszcze nie koniec!